Wilkerson: W krytyce działań USA nie musi być nic antyamerykańskiego
Michał Krupa: Jak ocenia pan decyzję najwyższego przedstawiciela dyplomatycznego USA w Polsce o zerwaniu kontaktów z marszałkiem Sejmu z powodu jego negatywnej opinii na temat przyznania Donaldowi Trumpowi Pokojowej Nagrody Nobla? Czy polskie władze powinny go za to upomnieć?
Lawrence Wilkerson: Nie sądzę, by formalna reprymenda była właściwa; natomiast nieformalna — i prawdopodobnie skuteczniejsza — forma nagany mogłaby polegać na zastosowaniu zasady wet za wet. Innymi słowy: czasowe odcięcie ambasadora Rose’a od kontaktów ze wszystkimi przedstawicielami rządu. Na przykład na tydzień lub dziesięć dni. Należałoby zadbać o to, by dokładnie dotarła do niego informacja, dlaczego został pozbawiony tych kontaktów. Osobiste przeprosiny skierowane do marszałka mogłyby być warunkiem przywrócenia normalnych, merytorycznych relacji.
W niedawnym wywiadzie ambasador Rose określa ewentualną decyzję Polski o wycofaniu wojsk amerykańskich z kraju jako potencjalnie nierozsądną. Czy pan się z tym zgadza?
Zupełnie nie; wręcz przeciwnie — byłby to ruch rozsądny. Niekoniecznie natychmiastowy, ale rozłożony na przykład na najbliższe 12 miesięcy. Ostatecznie bowiem w interesie Warszawy leży odbudowa poprawnych relacji z Moskwą — a to będzie niemożliwe tak długo, jak na polskiej ziemi stacjonują w istotnej liczbie wojska amerykańskie.
Ambasador Rose twierdzi, że ewentualny nowy rząd w Polsce, w którym Grzegorz Braun byłby potencjalnym partnerem koalicyjnym, stanowiłby problem dla rządu USA. Określa to jako „poważny problem”. Wielu Polaków odebrało to jako sygnał, że rząd USA chce wpływać na demokratyczne decyzje w Polsce. Czy to właściwa rola zagranicznego dyplomaty?
Absolutnie nie; w istocie jest to rażące przekroczenie zasad protokołu dyplomatycznego, wyczucia sytuacji, a nawet zwykłej uprzejmości. Żaden prezydent nie powinien chcieć, by jego ambasador był w taki sposób skompromitowany. Jeżeli więc Trump uważałby, że taki komunikat jest konieczny, to właśnie on — jako najwyższy dyplomata Stanów Zjednoczonych — powinien go przekazać osobiście.
Po tym sporze z ambasadorem nowy sondaż opinii publicznej pokazuje, że 44,7 proc. respondentów krytycznie ocenia działania Stanów Zjednoczonych. Aprobatę dla decyzji Amerykanów wyraziło 23,5 proc. badanych. Czy te wyniki pana zaskakują? W końcu Polacy są powszechnie uznawani za jeden z najbardziej proamerykańskich narodów w Europie.
Nie ma w tym nic antyamerykańskiego, że pewne działania USA są postrzegane jako niedyplomatyczne, niewarte uwagi albo wręcz sprzeczne z interesami państwa przyjmującego. W zależności od tego, która z tych ocen dominuje, Polska ma pełne prawo zaprotestować — na „poziomie odczuwanej krzywdy”. Takie protesty, wyrażane w sposób dyplomatyczny, nawet stanowczy, są integralną częścią „stosunków między narodami”, zwłaszcza między państwami, które uważają się za sobie bliskie. Jeżeli nie są one tak odbierane, być może relacja określana mianem „przyjaznej” powinna zostać ponownie przemyślana — przez obie strony.
Lawrence B. Wilkerson jest emerytowanym pułkownikiem armii Stanów Zjednoczonych i byłym szefem sztabu sekretarza stanu USA Colina Powella.Od 2024 r. jest członkiem organizacji Veteran Intelligence Professionals for Sanity. Wilkerson jest obecnie starszym członkiem Eisenhower Media Network, grupy byłych wojskowych, wywiadowczych i cywilnych urzędników ds. bezpieczeństwa narodowego, którzy określali siebie jako osoby oferujące „alternatywne analizy nieskażone powiązaniami z Pentagonem ani przemysłem zbrojeniowym” i przeciwstawiające się „narracji establishmentu Waszyngtonu na temat większości ówczesnych kwestii bezpieczeństwa narodowego”.